Header Banner

(25/39) Zimo, wy… idź sobie bardzo szybko stąd!

Heroizm kontra zarządzanie ryzykiem

*wa mać. Serio Boże/Matko Naturo (niepotrzebne skreślić), akurat w 2026 musieliście przywalić zimą jakiej Polska nie widziała od lat? Akurat teraz jak ja się przygotowuję do Wyzwania Życia (czy też półwiecza, jak zwał tak zwał)? Jasna dupa. Już samo spojrzenie na termometr wywołuje kryzys.

Tak duży, że nawet w niedzielę nie chciało mi się pisać i trening z weekendu opisuję dopiero we wtorek. Nie napiszę, że chodzi o długie wybieganie, bo w sytuacji, gdy termometr mówi:

odczuwalna -22 st. C

to się kurde nie wychodzi na dwór! A już na pewno nie na easy longa. Nie powiem, kusiło, ale gdy wyskoczyłem po zakupy i ryj mnie zapiekł natychmiast po zderzeniu z powietrzem, wiedziałem, że to nie jest ten dzień. To by było kontrproduktywne. Bo przecież:

  • po prostu marzę o przeziębieniu na 5 tyg. przed startem
  • w takiej temperaturze górę mogę jeszcze okryć bluzą, ale ni cholery na easy nie dogrzeję mięśni nóg i jeszcze się kontuzji nabawię

*wa mać. No ale tlenówki nie odpuszczę, więc trzeba było znów przeprosić się z siłownianą bieżnią.

Tym razem o łydkę zadbałem zawczasu

W sam raz tydzień po kontuzji na siłce, co? No ale tym razem alternatywy nie było, bo próba longa w takiej pogodzie byłaby jeszcze większą głupotą. Pogadałem więc z „coachem GPT” i podpowiedział, żeby przede wszystkim skrócić 15 km do 8 km, że to taki limit przyzwoitości do wybiegania. Zapytałem, czy mogę dorzucić jeszcze trochę na rowerze stacjonarnym i stwierdził, że to dobry pomysł bo i tlenu trochę zbuduje, a na dodatek łydce da inne obciążenia i napięcia zluzuje. W tym momencie przygotowań heroizm powinno zastąpić zarządzanie ryzykiem.

Pomogło. Mamy wtorek, łydka nie boli. W poniedziałek też nie bolała. I choć mam cholerne wyrzuty sumienia, że rozpieprza mi się program, wiem, że wyniki (szczególnie na moim, amatorskim poziomie) nie przychodzą z ego, tylko z cierpliwości i mądrości. Garmin pokazał, że tlenówkę zaliczyłem na 3.2/5. Zawsze coś, ale ostatni easy long na powietrzu (matko, to aż 4/01 było…) dał 4.5. To jednak spora różnica. Do tego 1.4 z roweru (10 km@29,7 km/h). No jakiś tam podstawowy poziom przyzwoitości jest, ale obrazków pokazywał nie będę. Nie ma czym się chwalić.

Ruszyć łeb, nogi pójdą za nim

Gorzej, że te dwie siłki i „wypadnięty” trening z poprzedniego wtorku do spółki z tym pier***onym mrozem zblokowały mi łeb. Wiem, że dziś muszę wyjść pobiegać, dostanę świra jakbym miał znowu tuptać po bieżni jak chomik po kółku. Wszystko jedno jak zimno będzie. Choć w sumie to mógłbym rano, ale wtedy odczuwalna była pod -20 st. C, wieczorem będzie „cieplej”, więc chyba jednak nie wszystko jedno.

Ale wiem, że znów muszę ogarnąć mental. Mam cholerny kryzys, kontuzja, przerwa + przelała mi się moja nienawiść do zimna. Dodajmy do tego fakt, że do Połówki pozostało niecałe 5 tygodni, jest cholernie ciężko. Ale muszę. Szczególnie przy takich odczytach.

Trzymajcie kciuki. Jak mawiał klasyk polskiego komentarza sportowego:

Jeśli nie teraz – to kiedy? Jeśli nie kto – to Bolt?

A jeśli nie dziś – to jutro może okazać się za późno.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *