Header Banner

Zamiast treningu – (prawie) kontuzja

No i dupa. Czy raczej łydka. Generalnie kontuzja.

W sumie aż dziwne, że zdarzyło się to dopiero teraz. Treningi od czerwca, program pod połówkę od połowy listopada i dopiero teraz kontuzja. Choć w sumie – dzięki temu, że zorientowałem się szybko, może się okazać tylko potencjalną kontuzją. Ale nie zmienia to faktu, że choć serce wygania mnie jutro na trening, rozum mówi, że nie ma opcji.

Choć w sumie opcja jest, zawsze jest. Ale przy założeniu, że chcę dostawać pierdolca w domu przez kolejne dwa tygodnie. Ze świadomością, że teraz to już faktycznie kontuzja. Że wymarzony, planowany, kluczowy start mojego życiowego półwiecza się zbliża, podczas gdy forma spada. Ale myślę, że przez ostatnie miesiące wystarczająco wiele razy dowiodłem, że bardziej niż ego słucham organizmu, więc „opcja” pozostanie w sferze abstrakcji.

Łydka nie lubi monotonii

A co w ogóle się stało? Otóż po wczorajszym treningu siedząc w domu poczułem kłucie w lewej łydce. Na początku je zbagatelizowałem, do momentu, gdy wstając zwerbalizowałem stan mojego samopoczucia słyszalnym:

Auuu!

Szfak. To chyba nie powinno tak być. Trochę researchu, trochę rozmów z „coachem GPT” i diagnoza. Patrząc na to, co dzieje się po 24 godzinach – raczej pozytywna. Panu mięśniu brzuchatemu łydki nie podobała się monotonia biegania po bieżni i się w sobie zamknął. 13 tysięcy takich samych kroków, bez podbiegów, zakrętów, zmiany przyczepności – i stwierdził, że on tak to biegać nie chce.

Na szczęście szybko ogarnąłem temat i mogę pisać, że bardziej niż kontuzja to raczej naciągnięciu mięśnia, którego reszta łydki spiąwszy się schowała do środka, żeby się bidulek nie męczył. Ale ponoć reakcje mojego ciała pokazują, że organizm reaguje wzorcowo. Rano, na zimnym mięśniu, ból i wrażenie jakby tam bardziej coś o konsystencji kości było. Z każdą godziną i każdym ostrożnie, delikatnie stawianym krokiem, mięsień się rozgrzewa i ból maleje. Czyli co, jest dobrze i można biegać?

Tylko jeśli chcę, by kontuzja zrobiła się poważna

Ale jeśli zachowam się odpowiedzialnie i po prostu wyrzucę z planu jutrzejszy trening, przy dobrych układach w czwartek wrócę do przygotowań. Wtorek odpada totalnie, bo:

  • po pierwsze – łydka ma odpocząć; 12 km nawet w tempie easy to nie jest odpoczynek
  • po drugie – na koniec wtorku mam akcenty 3*100m @4:30-4:45; biegane zdecydowanie z łydki; no kurde nie brzmi jak dobry pomysł

Dlatego wtorek spokojny, środa spokojna, a wtedy w czwartek planowane 12km @5:30 może się udać. Pierwsze kilometry mnie ostatecznie dogrzeją, a potem po prostu szybki bieg, żadnych zrywów. I choć kusi spróbować na 3-12 km powalczyć o PB na 10 km (nie byłaby to moja pierwsza życiówka na treningu 😉 ), nie ma co zachowywać się jak bohater/debil (niepotrzebne skreślić). Tzn. kurde, nie mówię, że tego nie zrobię 😉 Ale wszystko rozstrzygnie się za ok. 48 godzin.

A na razie zagryźć zęby i się regenerować i… pilnować michy, bo kroków będzie mniej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *