Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

Miało być tak pięknie, nie było przesadnie zimno, aż... zaczął sypać śnieg.
Wiem, clickbait. Ale tylko trochę. Nie, nie trafiłem na SOR. Ale gdybym przesadnie uwierzył w swoje szczęście zamiast zagryźć zęby i zdecydować się na dyskomfort – albo wylądowałbym w karetce, albo zaliczył gówniany trening i potencjalną kontuzję. Słaba alternatywa.
Dawałem siłowni szansę (zbyt) dużo razy. W tym cyklu treningowym, będąc świadom mojej nienawiści do temperatur poniżej 10 st. C , dwa razy próbowałem przenieść trening na bieżnię pobliskiej siłowni. Za każdym razem była to dla mnie walka o życie, z wywalonym jak pies językiem, walącym serduchem i spływającą potem koszulką.
No ale wystarczyło wyjść na dwór, by zobaczyć, że dziś albo siłka albo – takiej opcji nie było – odpuszczenie treningu. Niedziele są cholernie ważne, długie wybiegania to podstawa, budowa odporności tlenowej. Temperaturowo dałbym radę, co jest dla nowego mnie -3 st. C? Ale jak to zrobić, gdy po wystawieniu stopy za drzwi klatki każdy krok polega na próbie utrzymania równowagi? Dobra, to nie gołoledź, jak przy mojej pierwszej połówce, ale paradoksalnie ten trening byłby jeszcze trudniejszy. „Szklanka” 27. grudnia oznaczała, że czasem wpadnę na mniejszy lub większy płat lodu. Bieganie w sypiącym deszczu natomiast wiązałoby się z niestabilnym każdym z 20 tysięcy kroków. Lądowanie na SOR? Może nie, ale na stole u fizjo – to już bardziej realne. Nie znam się na tych wszystkich mięśniach, ale stawiam, że jest z pięć takich, które musiałyby mnie na takiej nawierzchni stabilizować przy każdym kroku.
No to trzeba było przypomnieć sobie o aplikacji na siłkę. I – niestety – skrócić trening. Na zewnątrz 16-18 zrobiłbym spokojnie. Na siłowni – no k**wa nie potrafię! Męczę się. Tak się zastanawiam teraz pisząc, że to może nie być nawet kwestia duszności. Dziś było spoko, tętno trzymało się w okolicach 140 bpm, mogłem spokojnie oddychać. I tak mi przyszło do głowy, że to chyba kwestia mentalna. Gdy biegnę po mieście – zmienia się krajobraz, mogę dać ujście różnym myślom, przeczyścić mózg, owiewa mnie wiatr. Tymczasem tutaj mam przez godzinę-półtorej cały czas ten sam obraz przed oczami, ten sam odgłos spod nóg (nie lubię biegać z muzyką). Tak, czytałem książkę, ale… kurde, czytanie książki na długi wybieganiu? Nawet to wywoływało we mnie dyskomfort.
Long story short – oczywiście przebiegłem, ale po skróceniu do 12 km. „Coach GPT” zasugerował mi ten dystans jako minimalny sensowny przy takiej zmianie, żeby trening przyniósł pozytywny efekt. Ale niespodziewanie przyniósł jeszcze jeden, totalnie niespodziewany.
Wiecie jaka jest odpowiedź na pytanie ze śródtytułu?
Ten, który lepiej się przyswaja? Ten, który ma wyższą osmolalność? Taki, który zmieści się na pas, czy do kieszeni spodenek?
Nic z tych rzeczy. Otóż najlepszy żel to taki, który potrafisz… otworzyć na trasie. Tydzień temu testowałem pomarańczowego Powerbar HydroGel, w -6 st. C z walącym w ryj śniegiem. Dziś przyszła pora na jabłkowy SiS. Giepet się wymądrzał, że ten drugi lepszy i mimo, że gęstszy to izotoniczny i wciąga Powerbara nosem. No może i wciąga, ale musisz go najpierw… otworzyć.
No masakra. Biegnę w ciepełku, bez zjawisk atmosferycznych, niby perfekcyjne warunki. Tymczasem ostatecznie musiałem zleźć z bieżni, spauzować zegarek i mimo użycia zębów pierdzielić się z tym ze 30 sekund! Czy dobre? Tak. Z jednej strony gęste, ale z drugiej – faktycznie po umieszczeniu w paszczy szybciutko się rozkłada i nie robi wrażenia takiego gluta jak choćby Go Active z Biedry. Co z tego, skoro taka forma „otwierania” w perspektywie mojego startu jest po prostu nieakceptowalna.
Nic to. Od wtorku kolejna lekka zmiana treningów, na W9-W12. Będzie bolało, ale… no pain no gain.
