Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

Ja pie***lę, tym razem było naprawdę ciężko.
Ja pierdolę. Sorry, że zaczynam od bluzgu, ale z tego, co działo się wczoraj, można by na spokojnie książkę napisać (dobra, może nowelkę, taką „Naszą Szkapę” biegania). Zaplanowałem sobie, że w sobotę 27/12 przebiegnę treningowo półmaraton. Pierwszy raz w życiu. Przy tym co działo się na trasie, wiem, że to spory challenge, żeby 22/02 na Półmaratonie Wiązowskim miało być gorzej.
Ojciec, dobrze, że dziś nie trenowałeś! Na zewnątrz jest po prostu lód. W życiu byś nie dobiegł!
Takie słowa usłyszałem od najstarszego syna wczesnym piątkowym wieczorem. No kurde, wiadomo, że nie będę biegł pierwszej połówki w życiu dzień po życiówce na 5 km. Regeneracja to istotny element treningu, robiąc dwa takie wyzwania dzień po dniu sam bym się prosił o kontuzję. Ale dzień później? No kurde. Skoro jest plan, skoro zapowiedziałem to kilku osobom (nieprzypadkowo, trzeba mieć jakiś zewnętrzny motywator), to – jak mawia legenda polskiej fotografii sportowej, Pan Leszek Fidusiewicz – nie ma co się w tańcu pie**olić.
Do mojego
łojezusmariamatkobosko, ale mi źle nie chce mi się biegać, mojapsycha, masakra, nie dam rady
mogliście się już przez tygodnie przyzwyczaić, więc nie będę się powtarzał. Ale jeśli to czytasz, to wiesz też, że się w końcu i tak zebrałem. Niekoniecznie o 13, jak planowałem poprzedniego dnia, bo w efekcie dekompresji stresu wstałem dopiero w południe. Ale wreszciechwilę po 16 ruszyłem.
Plan trasy? Wola, Pola Mokotowskie, Wołoska, Rzymowskiego, Tor Wyścigów Konnych, Urwysynów, KEN, Płaskowickiej, a potem do momentu, gdy Garmin pokaże 21,1 km. Ostatecznie trafiłem na Anody, Dolinę Służewiecką i skończyłem Wałbrzyską kawałek za Metrem Służew. Kapeńkę się przeliczyłem i zamiast przybiec do domu, wróciłem doń podziemną kolejką.
Ale wróćmy do trasy. Ruszyłem, myślałem na początku, że z tą gołoledzią nie jest tak źle (termometr w domu pokazywał ca. 1,5 st. C), do momentu gdy wbiegając między dwa duże biurowce zdałem sobie sprawę, że nie mogę ani przyspieszyć ani zwolnić, bo jak za chwilę pier**lnę orła to się mój trening skończy.
Problem? Mordo, to Ty problemu nie widziałeś. Wbiegłem sobie radośnie na Pola Mokotowskie, wybierając trasę na bieżąco. W pewnym momencie pomyślałem sobie:
O, skręcę tu w prawo!
Nie brzmi źle? Może i nie. Ale w nie ku***skiej gołoledzi, nie rozpędzony i nie o 90 stopni. Nigdy nie byłem mistrzem równowagi i to, że w sytuacji gdy zewnętrzna noga wyleciała jak z procy, utrzymałem się na nogach, nie przypier***iwszy łbem w twarde, znajduję fenomenem.
Ale możecie sobie wyobrazić, jak bardzo ta sytuacja przemówiła mi do rozumu:
Ej, mordo. Tuptaj sobie delikatnie i powolutku na ostrych winklach, co?
No dobra. Skoro nalegasz. A łydka, moja kochana, co mnie przed SOR-em uratowała, choć dzisiaj nieco kłuła, po 10k kroków w trakcie całęgo dnia się uspokoiła. Uff. „Coach GPT” gdy potem rozmawialiśmy, zażartował, że miałem „near death experience”, ale kurde… miał sporo racji. Jakbym przypierdaczył barkiem (albo łbem) w asfalt, to moje nadzieje na sub2h w Wiązownej mogłyby prysnąć…
Sukces na długich dystansach leży nie tylko w mięśniach. Do zwycięstwa ma Cię zaprowadzić przede wszystkim głowa. Ja od początku założyłem, że 11. kilometr to kluczowe miejsce. I nie takie, gdzie sobie mówię:
Jprdl, jeszcze połowa drogi
No fucking way. To miejsce, w którym mówię sobie:
No to od teraz z górki!
I tak było. 11 km zaczął się gdy (warszawiacy wiedzą) wbiegłem na wysokość muru Toru Wyścigów Konnych. Chwilę później wciągnąłem żel (polecam Cytrynowy z Biedronki – po Marakui mam zgagę) i nabrałem energii na drugą połówkę. Zrobiłem kółko mniej więcej w połowie Ursynowa, by w pewnym momencie zorientować się, że…
Czaisz, że biegłem w takim tunelu poznawczym, że totalnie nie dotarło do mnie, że biegnę pod wiatr i od 15 minut pada śnieg? Zorientowałem się o tym w krytycznym momencie biegu. Pękła „osiemnastka”, czyli moja życiówka sprzed tygodnia. Wiedziałem, że nie ma ch**a we wsi, żebym odpuścił. I okazało się, że nawet siły natury są przeciwko mnie. Cóż zatem – balaklawa na łeb (z 10 km wcześniej zsunąłem ją tylko na czoło, teraz wróciła na szyję i uszy), zagryźć zęby i – tu zostawię już bez gwiazdek – zapierdalać!
Ostatnie 3 km. Z pełną świadomością, że to samo może/będzie mnie czekać w lutym we Wiązownej. Że organizm będzie krzyczeć:
Mordo, kur*a, ODPUŚĆ!
a ja mu odkrzyknę:
SPIE**ALAJ!
Nie po to biegnę półmaraton. Nie po to wychodzę na dystans, z którym radzi sobie niewiele ponad 1% ludzkości, żeby ODPUSZCZAĆ.
Ostatnie 3-3,5 km biegłem już siłą woli. Najpierw pod ten huraganowy wiatr z „wryjnym” śniegiem. Potem Doliną Służewiecką pod górkę. Aż w końcu ostatnie 300 metrów na sprincie na tyle mocnym na ile pozwalał mi organizm.
2:04:46. Nie tak szybko, jak bym chciał, ale ze świadomością warunków. Podświadoma asekuracja na gołoledzi + fakt, że biegłem w treningowych Pumach, podczas gdy we Wiązownej pobiegnę w Saucony Endorphin Speed 4. To wszystko może mi dać nawet 15 sekund na kilometrze.
Ogarnę sub2h. Tym bardziej, że warunki 22 lutego niemal na pewno nie będą gorsze niż wczoraj. Mentalność prawdziwego, nieodpuszczającego sportowca wykuwa się w boju. Wczoraj było grubo. Dałem radę. Wynik jest wtórny. Mam pełne prawo być z siebie DUMNYM.
