Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

Matkobosko, to już niewiele ponad dwa tygodnie!
Chyba pierwszy raz w życiu zrobiłem trening dzień po dniu. Co do zasady to średnio dobre i średnio zdrowe, bo zawsze musi być czas na regenerację. Ale tak sobie pomyślałem, że skoro jeden był środę rano, a kolejny dam we czwartek wieczorem, to będzie prawie jak dwa dni. Tym bardziej, że cel był konkretny.
Wczoraj przebiegłem ostatni „poważny” trening z akcentami w moim przeszło półrocznym cyklu przygotowań. Dotarło to do mnie jak wszedłem do domu i pomyślałem, że kolejnym biegiem, który będzie ode mnie więcej wymagał, będzie już kurde start! Ta połówka, od której wszystko się zaczęło!
W sytuacji, gdy przełożyłem wtorkowy trening na następny dzień, planowałem zrobić to samo z czwartkowym, ale pomyślałem, że to zły pomysł. Od kolejnego wtorku zaczynam tapering, więc luz, ale w niedzielę biegnę jeszcze kontrolny półmaraton. Bez ciśnięcia na wynik (acz stawiam, że 5:50/km powinno być spoko, wtedy „z rozpędu” pobiję życiówkę z grudnia), bardziej dla:
Rozpisałem się o niedzieli, ale co to ma wspólnego z pozostawieniem treningu we czwartek? Ano to, że przed ostatnim długim obciążeniem lepiej dać sobie 70h regeneracji niż nawet kilkanaście godzin mniej.
Tym bardziej, że okazało się, iż bieg dzień po dniu nie był dla mnie żadnym problemem. Garmin pokazał, że regeneracji już nie potrzebuję, pogoda była cudowna (ok. 0 st. C), nic by mnie nie zatrzymało w domu! Było tak ciepło, że po kilku km żałowałem, że założyłem kalesony termo – trzeba było pobiec na dole na krótko. Rękawy termo na górze podwinąłem po drugim kilometrze, balaklawa i rękawiczki poszły do kieszeni.
A tempo? Miałem 4 x 2km @5:15 przerywane dwuminutową regeneracją, ale jakoś tak z samych dwójek wyszła mi średnia 5:02 🫣. No sorki, samo mi się tak zrobiło 😀. Najszybszy kilometr wszedł chyba na 4:55, więc na upartego, gdybym miał zaplanowaną pełną dychę to mógłbym na treningu (!) zrobić to, co nie udało się na Biegu Niepodległości, czyli zejść poniżej 50 minut. Ale by były jaja… I to wszystko nie było w żaden sposób na siłę wyciągane – nogi niosły, puls trzymał się w granicach 140, tylko na ostatnim kilometrze jak chciałem postawić kropkę nad „i” za te pół roku, to przekroczył 150.
Forma zatem jest. W niedzielę dam tylko nogom znak na co mają być gotowe, a żołądkowi, że te 100 mg kofeiny mu się przyda na ostatnich kilometrach. Teraz już nie ma czasu na żadne festyniarskie akcje. Trzymamy się planu tempa na taperze, nie przyspieszamy. Jestem gotów, organizm też. Teraz tylko trzeba tego nie spierd*lić i ruszyć 22/02 jak wygłodniały (ale mądry) lew.
