Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

Pół roku poświęcone przygotowaniom do jednego startu. Chyba mentalnie dochodzę do limitu.
Dość. Po prostu. Totalnie. Choć nie – totalnie to nie. Fizjologicznie, wynikowo i wydolnościowo jest ok. Mimo wszystko zaczynam mieć tego wszystkiego po kokardę.
Mam dość trwającego już przeszło pół roku reżimu treningowego. Nie mógłbym być zawodowym sportowcem. Dostałbym pierdolca! Poza tym – heloł – za kilka tygodni mam 50. urodziny. Za późno na takie zabawy.
Mam dość tego, że muszę. Że przynajmniej 3 razy w tygodniu, czy mi się chce, czy nie – muszę i **uj. Bo wiem, że jak odpuszczę – pierdzielnie mi cykl treningowy. Że to, co robiłem przez te miesiące, że fakt, iż tak wiele mojego życia przez te pół roku poświęciłem temu startowi – diabli wezmą.
Mam dość porannego wstawania, żeby pobiegać. Dość patrzenia na termometr, jak temperatura za oknem coraz bardziej spada, a ja będę musiał wyjść i spędzić tam godzinę, czasem półtorej. Mam dość myślenia, którędy dzisiaj pobiegnę, bo trasy A, B, czy C mam już powyżej uszu i ileż kurwa można te same mury oglądać, te same ulice wydeptywać i tym samym SOP-owcom życzyć miłego dnia?!
Kocham bieganie. Tuż przed 50 stało się dla mnie fazą, pomysłem na życie, czymś, czym za pierwszym razem, gdy biegałem – nigdy nie było. Pomogło mi opanować depresję i stany lękowe, sprawiło, że patrząc na siebie w lustrze mogę stwierdzić, że w sumie to jestem całkiem przystojny i już mnie nikt z tucznikiem nie pomyli. Kocham to, że bieganie dało mi +/- dekadę życia (jeśli nie odpuszczę), a moja hematolog powiedziała ostatnio:
Jak Pan będzie miał dalej takie wyniki to po prostu przepiszę Panu kontynuację sportowego stylu życia.
I skąd się bierze ta absurdalna, pozornie bezsensowna dychotomia? Ciekawe, czy inni biegacze też tak mają w pewnym momencie cyklu treningowego? Czy gdyby moja impreza startowa była wczesną jesienią to dostawałbym pierdolca topiąc się po kolejnych treningach we własnym pocie? Czy to jednak kwestia tego, że muszę biegać w znienawidzonej przeze mnie zimie, która akurat kurwa teraz okazała się być najpotężniejsza od półtorej dekady?
A może to po prostu oznacza, że kumuluje mi się stres przedstartowy?

Że łeb podświadomie analizuje już wszystkie scenariusze, bez mojej wiedzy rozkminia sobie każdy pieprzony kilometr z Garmina i zastanawia się:
Damy radę te sub2h? A może 1h55m? A ciekawe na ile nas stać?
A biedna reszta mnie nie ma pojęcia gdzie się podziewa ta energia i skąd te całe nerwy?
Jeszcze 9 treningów. Jeszcze niewiele ponad 3 tygodnie. Dajcie mi już ten start! A potem do końca lutego zero biegania. I mam wrażenie, że już po kilku dniach będzie mnie nosiło, żeby założyć buty.
Na koniec parę słów o treningach. Bo mimo tego wszystkiego — treningowo jest lepiej niż kiedykolwiek. Po niedzieli i „bieganiu w melasie” bałem się, że będzie źle. Wtorek mnie uspokoił – miało być 6:00, gdy tymczasem 5:40 wchodziło jak złoto, a nogi radośnie chichotały.

Dziś natomiast 12 km @ 5:30, których trochę się bałem. Bardziej chyba wytrzymałościowo. Tymczasem pierwszy raz w tym roku założyłem moje Endorfinki, a te poniosły mnie jak szalone. Kurde, zapomniałem już jak fajnie się w nich biega. Obawiałem się, czy dam radę tyle czasu iść 5:30, a tymczasem musiałem powściągać emocje, bo czułem, że dałbym radę lepiej.

Jeszcze 9 km, o 10-12″ na kilometr wolniej? Na dodatek podkarmiony dwoma żelami? To się da zrobić.
A póki co wolne wybieganie w niedzielę. Tam szykuje się apogeum „mam dość”. Prognozy mówią o temperaturze odczuwalnej -20 do -25 st. C. Jak pobiegam w taką pogodę, zostanę rodzinną legendą. Choć nie, czekaj – jak to „jak” pobiegam? Nie ma, że boli.