Header Banner

(27, 28/39) Najpierw świeżo, potem ciężko

4 tygodnie do startu! A długie wybieganie nie wyszło tak, jakbym chciał.

Znów mi się czasoprzestrzeń zbiegła i mam dwa treningi w jednym wpisie. Cóż poradzić – mam też życie poza bieganiem i nie zawsze da się wyrwać czas na napisanie. Ale działo się sporo – za mną totalnie różne treningi.

Miało być biegane w czwartek, przede wszystkim. Jakoś mi się dłużej przesiedziało w pracy, wleciałem do domu tak +/- po 18, już się chciałem przebierać… aż spojrzałem na stację meteo. -11 st. C, odczuwalna pod -17. No nie. Raz, że – jak wspominałem – gardzę zimnem, to dwa: taki trening gówno by dał. Nie dogrzałbym mięśni w taką pogodę. Kurde, ryj mnie piekł od samego wyjścia na powietrze.

Śpij jak dziecko, biegaj rano

No to ze czwartku zrobił się piątek. Ale on już był bezwarunkowy. Choćby skały srały, choćby -20 było (choć prognozy na szczęście takie nie były), muszę. Bo inaczej, biorąc też pod uwagę zmiany w programie treningowym z racji na kontuzję, odpuszczenie treningu na 4 tygodnie przed zawodami może sprawić, że program PIEPRZNIE. I wynik sportowy też. I w ogóle wszystko diabli wezmą. Bo jeśli odpuszczę piątek – będę musiał biec w sobotę. A jeśli pobiegnę w sobotę, to kiedy zrobię długie wybieganie?

No to:

  • zagryzłem zęby we czwartek
  • poszedłem spać o 22
  • wstałem wyspany jak niemowlak o 6.20
  • zagryzłem zęby w piątek (i tak było zimno, choć nie aż tak jak dzień wcześniej), buff, czapka – i do boju!

I co? I myślałem, że będzie trudniej. Zajebiście łatwo nie było, jasne. Ale spodziewałem się walki od pierwszego kilometra. Przede mną była rozgrzewka, potem 2 x 5 km w tempie 5:20 z 4-minutową przerwą, na koniec cooldown. Hehe – „cool” down, w -8 st. C. Pierwsze 4 km były spoko, ale na ostatnim w pierwszej serii już nerwowo rzucałem okiem na Garmina, czy ta przerwa to już za chwilę? Druga piątka i zrobiło się ciężej. Bez walki o życie, bez zagryzania zębów i łez walki o każde kolejne 100 metrów. Nie było momentu, żebym pomyślał:

Skrócę! Nie ogarnę!

Chuja tam. Ogarnę. To ostatni moment, by wrócić do regularnych obciążeń zgodnie z planem treningowym. Jedź, nie pękaj.

A dwa dni później przyszła pora na:

Pierwszy (nie taki easy) long od 3 tygodni

Nie, że w ogóle pierwszy, że przez 3 tygodnie olałem weekendowe wybiegania. Po prostu – o czym tutaj pisałem – najpierw z niego pizgnęło białym gównem i dla bezpieczeństwa wybrałem bieżnię. A tydzień później z Warszawy zrobiła się pieprzona Kamczatka. A ponieważ na bieżni umieram z nudów, duszę się jak bym po pustyni popierdzielał, a moja łydka potrafi powiedzieć: „Mordo, starczy!” – oba treningi trzeba było skrócić do minimum przyzwoitości. No i przez trzy tygodnie organizm zapomniał, jak to jest biec długo.

Efekt? Dziś mięśnie dostały impuls, o którym zdążyły już zapomnieć. I kurde tego się nie spodziewałem. Płuca i serce ogarnęły (choć zajęło im to ok. 1.5 km, na początku leciałem z tętnem 165), ale już po 4 kilometrach mięśnie nóg zaczęły się odzywać:

Eeej, dziwnie mi. Chodź skrócimy, co? Nie chce Ci się, nam też nie. Dawaj tak do dychy i do domu, co?

Nie powiem, kusiło. Głupie uczucie, bo serce i płuca ogarniały na pełnej, nogi w zasadzie też, ale… czułem się jakbym w melasie biegał. Każdy ruch wymagał przepchania się przez jakieś niewiadomoco. Planowałem wziąć żel (już wiem, że zostanę przy PowerBar Hydro) na 10-11 km – wziąłem na ósmym, bo czułem, że zaczyna mnie odcinać.

Czy pomogło? W sumie cholera wie. Nie wycofałem się, nie skróciłem, przebiegłem zaplanowane 18 km, więc chyba tak, ale jeśli chodzi o reakcję mięśni moich nóg, to był chyba mój najdziwniejszy trening ever. I ten totalny dysonans – serce mówi: „Dajesz!”; płuca: „Jedziesz, mordo!!!”. A nogi? A nogi robią wrażenie, jakby właśnie zjadły najtłustszy ramen w Warszawie (G-Ramen Kikuya na Noakowskiego, czułem się po wyjściu stamtąd, jakbym się w slo-mo ruszał).

Zostały 4 tygodnie. Wystarczy.

Dobiegłem, w tempie nieco niższym, niż bym się spodziewał. Po ostatnich tygodniach liczyłbym na 5:45-5:50, a przekroczyłem 6:00 o 9 sekund. Skąd to się wzięło? Czemu tak? Stawiam na to, że przez tę cholerną trzytygodniową przerwę mięśnie odzwyczaiły się od dłuuuugiego wysiłku tlenowego. Ale nic to – za 4 tygodnie start, więc plan na kolejne niedziele, to:

  • 21,097 km – trening w setupie startowym, z takimi samymi żelami, branymi w takim samym momencie trasy
  • 16 km – wyciszamy
  • tydzień przed taper, więc pewnie max dycha na spokojnie
  • START

Przez ostatnie pół roku przygotowania do niego były jednym z najważniejszych elementów mojego życia. Zostały 4 tygodnie. Spinamy poślady, pogody na szczęście nie muszę pieprzyć, bo prognozy pokazują, że teraz będzie ok. 0 st. C, więc w to mi graj.

Skoro serce i płuca ogarniają, to nogi też sobie szybciutko przypomną. Na czas.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *