Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

4 tygodnie do startu! A długie wybieganie nie wyszło tak, jakbym chciał.
Znów mi się czasoprzestrzeń zbiegła i mam dwa treningi w jednym wpisie. Cóż poradzić – mam też życie poza bieganiem i nie zawsze da się wyrwać czas na napisanie. Ale działo się sporo – za mną totalnie różne treningi.
Miało być biegane w czwartek, przede wszystkim. Jakoś mi się dłużej przesiedziało w pracy, wleciałem do domu tak +/- po 18, już się chciałem przebierać… aż spojrzałem na stację meteo. -11 st. C, odczuwalna pod -17. No nie. Raz, że – jak wspominałem – gardzę zimnem, to dwa: taki trening gówno by dał. Nie dogrzałbym mięśni w taką pogodę. Kurde, ryj mnie piekł od samego wyjścia na powietrze.
No to ze czwartku zrobił się piątek. Ale on już był bezwarunkowy. Choćby skały srały, choćby -20 było (choć prognozy na szczęście takie nie były), muszę. Bo inaczej, biorąc też pod uwagę zmiany w programie treningowym z racji na kontuzję, odpuszczenie treningu na 4 tygodnie przed zawodami może sprawić, że program PIEPRZNIE. I wynik sportowy też. I w ogóle wszystko diabli wezmą. Bo jeśli odpuszczę piątek – będę musiał biec w sobotę. A jeśli pobiegnę w sobotę, to kiedy zrobię długie wybieganie?
No to:
I co? I myślałem, że będzie trudniej. Zajebiście łatwo nie było, jasne. Ale spodziewałem się walki od pierwszego kilometra. Przede mną była rozgrzewka, potem 2 x 5 km w tempie 5:20 z 4-minutową przerwą, na koniec cooldown. Hehe – „cool” down, w -8 st. C. Pierwsze 4 km były spoko, ale na ostatnim w pierwszej serii już nerwowo rzucałem okiem na Garmina, czy ta przerwa to już za chwilę? Druga piątka i zrobiło się ciężej. Bez walki o życie, bez zagryzania zębów i łez walki o każde kolejne 100 metrów. Nie było momentu, żebym pomyślał:
Skrócę! Nie ogarnę!
Chuja tam. Ogarnę. To ostatni moment, by wrócić do regularnych obciążeń zgodnie z planem treningowym. Jedź, nie pękaj.

A dwa dni później przyszła pora na:
Nie, że w ogóle pierwszy, że przez 3 tygodnie olałem weekendowe wybiegania. Po prostu – o czym tutaj pisałem – najpierw z niego pizgnęło białym gównem i dla bezpieczeństwa wybrałem bieżnię. A tydzień później z Warszawy zrobiła się pieprzona Kamczatka. A ponieważ na bieżni umieram z nudów, duszę się jak bym po pustyni popierdzielał, a moja łydka potrafi powiedzieć: „Mordo, starczy!” – oba treningi trzeba było skrócić do minimum przyzwoitości. No i przez trzy tygodnie organizm zapomniał, jak to jest biec długo.
Efekt? Dziś mięśnie dostały impuls, o którym zdążyły już zapomnieć. I kurde tego się nie spodziewałem. Płuca i serce ogarnęły (choć zajęło im to ok. 1.5 km, na początku leciałem z tętnem 165), ale już po 4 kilometrach mięśnie nóg zaczęły się odzywać:
Eeej, dziwnie mi. Chodź skrócimy, co? Nie chce Ci się, nam też nie. Dawaj tak do dychy i do domu, co?
Nie powiem, kusiło. Głupie uczucie, bo serce i płuca ogarniały na pełnej, nogi w zasadzie też, ale… czułem się jakbym w melasie biegał. Każdy ruch wymagał przepchania się przez jakieś niewiadomoco. Planowałem wziąć żel (już wiem, że zostanę przy PowerBar Hydro) na 10-11 km – wziąłem na ósmym, bo czułem, że zaczyna mnie odcinać.
Czy pomogło? W sumie cholera wie. Nie wycofałem się, nie skróciłem, przebiegłem zaplanowane 18 km, więc chyba tak, ale jeśli chodzi o reakcję mięśni moich nóg, to był chyba mój najdziwniejszy trening ever. I ten totalny dysonans – serce mówi: „Dajesz!”; płuca: „Jedziesz, mordo!!!”. A nogi? A nogi robią wrażenie, jakby właśnie zjadły najtłustszy ramen w Warszawie (G-Ramen Kikuya na Noakowskiego, czułem się po wyjściu stamtąd, jakbym się w slo-mo ruszał).

Dobiegłem, w tempie nieco niższym, niż bym się spodziewał. Po ostatnich tygodniach liczyłbym na 5:45-5:50, a przekroczyłem 6:00 o 9 sekund. Skąd to się wzięło? Czemu tak? Stawiam na to, że przez tę cholerną trzytygodniową przerwę mięśnie odzwyczaiły się od dłuuuugiego wysiłku tlenowego. Ale nic to – za 4 tygodnie start, więc plan na kolejne niedziele, to:
Przez ostatnie pół roku przygotowania do niego były jednym z najważniejszych elementów mojego życia. Zostały 4 tygodnie. Spinamy poślady, pogody na szczęście nie muszę pieprzyć, bo prognozy pokazują, że teraz będzie ok. 0 st. C, więc w to mi graj.
Skoro serce i płuca ogarniają, to nogi też sobie szybciutko przypomną. Na czas.