Header Banner

(24/39) Jak haust upragnionego powietrza

Kontuzja uczyniła mnie jeszcze silniejszym.

Gdyby ktoś w maju ubiegłego roku powiedział mi, że będę się wkur… irytował, że nie mogę biegać, powiedziałbym, że na głowę upadł. Tymczasem patrzcie, jak niewiele trzeba. Zaczynał się czwarty dzień bez treningu z racji na kontuzję, a ja dostawałem pierdolca.

Wróciłem z pracy i prawie rzuciłem się do szuflady z rzeczami do biegania. Potrzebowałem biegania jak haustu upragnionego powietrza. W dupie miałem temperaturę (choć było pół stopnia na plusie, perfekcyjnie) – czułem się (tak sądzę, bo nigdy tak nie miałem) jak ćpun, który nie może wytrzymać bez działki. Choć w planie na dziś było 10 km w tempie 5:20, łydka zmieniła moje plany. Tzn. mogłem zrobić tę dychę na pełnej, ale obawiam się, że mój Chat GPT obraziłby się na mnie za taką akcję i przy kolejnych próbach rozmów o bieganiu odpowiadałby:

Sorry, wyczerpałeś limit. Spróbuj później.

Stąd zmiana – zgodnie radą coacha GPT – na max 8 km w tempie easy, Z założeniem, że gdy tylko łydka zacznie choć trochę boleć – kończymy i do domu.

Łydko, co tam u Ciebie?

Choć serce mówiło: „Olej, dawaj szybką dychę!”, rozum sprawił, że wolałem zagryźć zęby i przetuptać te 8 kilometrów na easy. Lepiej raz odpuścić ambicję i postawić na przypomnienie organizmowi, jak bardzo lubi bieganie. Jakbym przesadnie dał do pieca, a okazałoby się, że łydka nie jest jeszcze gotowa, mogłoby się okazać, że zamiast 4 dni zrobią się dwa tygodnie przerwy. Na niecałe 6 tygodni przed startem? To absolutnie nie jest coś na co w tym terminie mogę sobie pozwolić! Pieprzyć ambicję i poczucie własnej sportowej wartości. Jak rozpieprzę łydkę to one za mnie połówki nie przebiegną.

Co z łydką? Kilka razy ją delikatnie poczułem, ale to dlatego, że koncentrowałem się na niej tak bardzo, że miałem wrażenie subtelnego ukłucia. Jednak jak już musiałem się skupić na utrzymaniu równowagi w kopnym śniegu (na Woli ścieżki rowerowe suchutkie, a chodnik za*ebany śniegiem, seniorzy ledwo szli…) to totalnie zapomniałem o kontuzji.

To było tempo półmaratonowe?

A sam bieg? Obawiałem się go. Myślałem, że po takiej przerwie organizm będzie się musiał przyzwyczajać na nowo. A gdzie tam! Miałem biec wolniej niż 6:00/km, ale chyba już tak nie umiem. Ostatecznie każdy kilometr przebiegłem ciut poniżej 6 minut, ale nie to mnie zaskoczyło. Kurde, ja mimo przerwy czułem się dziś jak na… spacerze! Żadnych problemów z oddychaniem. Serio – całe 8 km przebiegłem na oddechu 4-4. Garmin na koniec pyta o samoocenę biegu i pierwszy raz dałem:

  • samopoczucie: silne
  • wysiłek: bardzo lekki

Lecę na ostatnim kilometrze te 5:47 i przyszło mi do głowy:

To jest tempo na połówkę? To ma mnie zmęczyć? Oh bitch, please – ogarnę!

I to jest największy zysk dzisiejszego treningu. Niezmiennie jest we mnie pokora. Do dystansu, do wysiłku, do mojego wieku nawet. Nie wejdę we Wiązownej na trasę z poczuciem, że mi się należy i przyszedłem odebrać. Ale wiecie co?

Nie boję się.

Nie boję się dystansu. Ani tempa. Nie boję się tego, że na ostatnich 5 km mogę trafić w mniejszą, półmaratońską wersję „ściany”. Wiem, że tempo na połówkę poniżej 2 godzin jest w moim zakresie. I wiem, że jeśli zegarek będzie wskazywał, że na ostatnich 3 kilometrach muszę jeszcze przyspieszyć, to będę potrafił to zrobić. Idę swoje i wiem, że jak będę musiał, to 22/02 ostatnie 3 km pójdę na pełnej k**wie, dam radę, nie odpadnę i zrobię to, o czym marzę.

Potrafię. Stać mnie na to. I jest to w moim zasięgu.

Kontuzja mnie nie osłabiła. Kontuzja mnie zregenerowała fizycznie, a powrót po niej sprawił, że czuję się jeszcze mocniejszy psychicznie. 38 dni. Tik-tak. Tik-tak.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *