Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

Dziś pierwszy trening w sub-zero. Jak się ubrać na takie bieganie? No i na koniec okazało się, że trening dał mi sporą korzyść wydolnościową.
To moje bieganie to dla mnie w ogóle fenomen jakiś. Od zawsze kiedy pamiętam, byłem zmarźluchem. Kurde, na co dzień w robocie odpalam sobie olejaka, bo mi po prostu ZIMNO. Ale wstać o poranku i pójść pobiegać, gdy na termometrze blisko zera? W czym problem?
Przyznaję, że świadomość, iż przygotowanie się do lutowego półmaratonu wymaga trenowania zimą przerażała mnie najbardziej. Kurde, wczoraj jak do roboty szedłem, widziałem młodego człowieka w szortach i t-shircie! A ja – zimowa kurtka, czapka z merynosa na łbie i rękawiczki. Pytanie, czy to on był nienormalny, czy ja? Pewnie prawda jak zwykle leży pośrodku.
Pewien mądry biegacz mi to kiedyś powiedział (dzięki Wojtek!) i ma w tym sto procent racji! Fakt – jak wstanę rano, spojrzę na termometr i wyjrzę przez okno, to zęby same szczękają. Przy pierwszym ataku chłodu ubrałem się nieco grubiej na górze (czyli termika Spaio pod koszulkę biegową) i niby na początku było ciepło, ale po 3 kilometrach ludzie na warszawskim Placu Teatralnym mogli podziwiać wariata, który biegnie odziany powyżej pasa tylko w pas do pomiaru tętna, bo nie zwalniając tempa ściągałem to Spaio. No co – gorąco mi było!
Spodnie to inna sprawa – to akurat rzadko zakładam coś innego niż biegowe szorty. Jakoś nogi grzeją mi się szybciej. Jeszcze wczoraj wieczorem wahałem się nad kalesonami. Myślałem, że przy szybszych (jak dla mnie) długich interwałach, mimo temperatury oscylującej w okolicy zera szybko się w nich rozgrzeję. Tym bardziej, że we wtorek było mi w nich gorąco. Swoją drogą nie mogę wyjść z szoku jakim cudem ludzie biegają w bluzach i grubych spodniach od dresu! Ja rozumiem, że to indywidualna kwestia każdego organizmu, ale kurde – to już są totalnie odmienne bieguny!

Tak mam rozplanowany kalendarz, że we wtorki kluczem są krótkie przebieżki po dłuższym w miarę easy runie, w czwartki krócej ale w tempie HM z regeneracją, a w weekendy wybiegania w drugiej (no czasem się otrę o trzecią) strefie. Dla niektórych to pewnie bardziej spacer, ale dziś moje 4*1km przy 5:00 dało się odczuć. I znakomicie, ani trochę nie narzekam. Kalesony na sub-zero (odczuwalna -6 st. C) okazały się być jednak dobrym pomysłem. Choć rękawy koszulki podwinąłem, ale dopiero na 3. kilometrze 😎.
Lubię biegać rano – to daje mi energii na cały dzień. Choć wybiegania weekendowe z wielu względów mogę robić głównie wieczorami, ale to też jest spoko pomysł. Wtedy przy spokojnym biegu organizm się wycisza, uaktywnia się układ przywspółczulny i potem, po prysznicu, padam jak kawka na jesieni. Rano się budzę z poczuciem, że odleciałem w mgnieniu oka – trochę jak po alkoholu, ale bez kaca. Jak mawiał legendarny Wiesław Wszywka: „Polecam dzieciom”.
A zanim obrazkowe podsumowanie treningu to jeszcze miły prezent od Garmina. Próg mleczanowy poprawiłem na 5:00. W perspektywie biegnięcia 21,097 km na (z grubsza) 5:30/km – to może nastrajać tylko optymistycznie. Tym bardziej, że nie sądzę, by na tym się skończyło. Do tego dziś tlen 3.9, beztlen 2.2.
Fajnie jest.
