Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

-14 st. C? To dobry czas, by trenować mental. Ogarnięty łeb przyda mi się na półmaratonie.
Łomatko, choć regularnie marudzę ostatnio z wyjściem na trening, wczoraj było rekordowo. Patrzę na termometr, a tam -14 st. C. Zimno? „Zimno” to się schowało do ogrzewanego namiotu, żeby odbudować percepcję świata. Było arktycznie. Brrrr…
No ale nie po to trenuję przez ponad pół roku, żeby na ostatniej prostej przed startem powiedzieć:
Eeee, nie chce mi się. Za zimno.
Tym bardziej, że poza wczorajszym treningiem zostały mi trzy poważne. Potem już tylko tapering. W zasadzie to wczoraj planowałem kontrolny półmaraton, w pełnym setupie jak na start (ubrania, żele, zjedzenie ich na konkretnym kilometrze). No ale… nie. W 0 do -5 st. C bym to ogarnął. Ale nie w -14 z odczuwalną -21.
Kozak dziś – chory za 3 tygodnie. Czy może inaczej – kozak dziś i chory/kontuzjowany od razu. Tak mogło wyglądać (i pewnie by wyglądało), gdybym poleciał wczoraj tę połówkę. Kurde, nawet zamiana planów i pójście 18 km byłoby idiotyzmem. Pół roku przygotowań i rozpieprzenie tego tuż przed startem przez własną głupotę? Nienajlepszy pomysł.
To nie był trening na udowodnienie czegokolwiek komukolwiek. Choć nie – inaczej. Na pewnym poziomie jednak chciałem. Sobie. Ale nie to, że mogę odbębnić kilometrów w opór. Że jestem na tyle głupi, że biegam sobie olewając pogodę i ryzyka. Nie.
Chciałem udowodnić sobie, że pogarda dla arktycznego zimna tkwi wyłącznie w moim mózgu. Znów uruchomić mental. Ten sam mental, których za 2 tygodnie i 6 dni (kurde, blisko…) będzie mi cholernie potrzebny.
Gdyby na termometrze zimno spadło poniżej -20 to bym nie pobiegł, ew. zacisnąłbym zęby (w sensie z lęku o kontuzję) i poszedł na bieżnię. W innym przypadku to byłoby głupie bohaterstwo. Teraz wygrała mądrość, bo wiedziałem, że te circa -15 to jeszcze poziom gdy nie dobiję swojego organizmu, ale:
TL;DR – ogarnęły. Co więcej – ubrałem się jak widać na tytułowym zdjęciu, ale po kilometrze zsunąłem buffa najpierw z nosa, a potem z ust. No kurde za ciepło było! Choć nie ukrywam, że mniej więcej w połowie zacząłem czuć zimno na nosie i pojawiły się mieszane uczucia. No bo kurde jak przykryję nos to będzie mi w niego cieplej, ale będę czuł dyskomfort z zatrzymaniem wydechu pod buffem. Znalazłem złoty środek – po prostu raz na jakiś czas ogrzewałem nos rękawiczkami. Po raz pierwszy w tym sezonie nie zdjąłem nawet na chwilę ani ich ani czapki. Brrr, nie było opcji.
Sportowo było spoko. Nie naciskałem tempa, byłoby pewnie nieco lepiej niż 6:00, ale między 8. i 9. km wymyśliłem sobie ostry podbieg. Skracałem krok, żeby szło w serce a nie mięśnie, aż chwilami czułem, jakbym spacerował (Garmin pokazał chwilowo nawet 6:48 🫣). Ostatecznie dwunasteczka pod dom, rozciąganie i na długie „poleżenie” (to horyzontalna odmiana posiedzenia) w wannie.
Trening „in the books”. Zostało 8. Nie muszę ćwiczyć siły ani odwagi. Ufam procesowi.
