Header Banner

(3/41) Long run na śniegu

Bieganie w takim zimnie to dla mnie ważny poligon doświadczalny w kwestii wyboru ubioru na lutowy półmaraton.

Nie no, nie zapomniałem o wpisie, jakżeby tak? Po prostu wczoraj złapałem czila i totalnie mi się nie chciało. Pisać. Choć w sumie biegać też, bo było sporo śniegu (nienawidzę tego białego gówna z nieba), ale ostatecznie nie wiem kiedy minęło mi tych 12,5 km długiego wybiegania.

Na początek wyjaśnienie skąd te cyferki na początku. Tak sobie pomyślałem, że będę w ten sposób tytułował wpisy związane z aktywnością treningową. Będzie je łatwiej rozpoznać + będzie wiadomo jak blisko startu jestem. Póki co – trening nr 3 z zaplanowanych 41 już za mną 🙂

Pada pada śnieżek biały, dawno go nie było!

Ten ostatni tydzień (trening w końcu był w niedzielę) stał u mnie pod znakiem debiutów. Najpierw debiut w sub-zero, a zaledwie 3 dni później debiut na śniegu. Tym razem nie zastanawiałem się, czy się aby cieplej nie ubrać – termometr pokazywał chyba -1,5 st. C, była 18.30, więc odczuwalna mogła pójść mocno w dół. A i moi synowie widząc jak zbieram do biegania, stwierdzili gremialnie:

Musiałbym być chory psychicznie, żeby teraz iść biegać!

Oj tam oj tam 🙂 Dodałem tylko na górę wiatrówkę, założyłem cieplejszy buff, czapki z merynosa nie ściągałem z głowy. Ale rękawiczki tak. Choć tym razem dopiero po 2 km.

Później wiatrówkę też trochę rozpiąłem i wiem już, że w takim setupie mam zapas na odczuwalną do ok. -10 st. C. Choć nie ukrywam, że mam nadzieję, że pogoda na Półmaraton Wiązowski nie będzie aż tak mroźna. Trochę się obawiałem jak wytrzymają moje SolarBoosty na śniegu, ale okazało się, że guma rodem z Continentali świetnie się trzyma mokrego.

Ani się spostrzegłem a dobiegłem pod dom

Kiedyś największym problemem przy bieganiu był dla mnie czas spędzony w samotności. Po prostu mi się nudziło! Chyba potrzebowałem czasu, żeby dojrzeć do długiego samotnego biegania. A może… problemów? Pamiętam, że w dawnych czasach przy kolejnych krokach mózg mi przelatywał przed mnóstwo tematów, a teraz? Teraz po prostu biegnę.

W Centrum Nauki Kopernik kiedyś był taki eksponat, gdzie dwie osoby zakładały na czoło opaskę z elektrodami i ta która „mniej myślała” przesuwała w ten sposób piłeczkę po torze w stronę rywala. Gdyby podczas long runu założyć mi coś takiego na głowę (wiem, nie da się – przecież biegnę!) to pokonałbym każdego. To trochę tak jakby otworzyć na przestrzał drzwi i okna w domu, w którym wcześniej gotowało się rybę. Niby nic się nie dzieje, a smród wylatuje. W sam raz po nienajłatwiejszym tygodniu.

Wczoraj jakoś tak… samo mi się biegło. Tętno na pierwszym kilometrze trochę szalało, ale gdyby już serce ogarnęło, że jest po prostu zimno i nie chcę mu zrobić krzywdy to HR spadło ze 160+ na 130-140. A ja, mimo, że wybrałem sobie trasę z kilkoma wyraźnymi podbiegami, w zasadzie się nie męczyłem. Leciałem na automacie.

Przy okazji przetestowałem żel energetyczny z Biedry, co go w zestawie na Bieg Niepodległości dawali. Smaczny, niespodzianki 💩 nie było. Ale jedna uwaga – albo z opakowaniem jest coś nie tak, albo muszę popracować nad techniką jedzenia żeli, bo upieprzyłem sobie dłonie. Dobrze, że był śnieg – to mogłem je bez zatrzymania „umyć”.

To dobry trening był. Spokojny i potrzebny. Zarówno 🧠 jak i 🦵. Co prawda Garmin wciąż twierdzi, że mój stan wytrenowania to „Utrzymanie”, ale ja swoje wiem. A już niedługo i on, dziad :), przeskoczy na „Efektywny”. A tymczasem – 3 down, 38 to go.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *