Header Banner

(22/40) Dumny z siebie jestem

Note to self: następnym razem nie biegać po 8 godzinach od lekkiego śniadania.

Padłeś? Powstań! Nie mam już wyrzutów sumienia po pierwszym odpuszczonym treningu od pół roku. Wiem, że musiałem odpocząć. W czwartek jeszcze zobaczyłem rano, że HRV odbiło na 60 (😯) i wiedziałem, że organizm jest gotów. A że zimno? No i co – i tak czwartki to u mnie szybkie interwały.

Akurat wczoraj pracowałem poza macierzystą lokalizacją i udało się dotrzeć do domu zanim zapadł zmrok. Na termometrze między -5 i -6, więc szybciutko się ogarnąłem, ciuchy na plecy i do boju!

Cel? 7 x 1 km w tempie 5:15. Realnie? Organizm tak się odświeżył, noga podawała i ostatecznie tylko ostatni kilometr pobiegłem w tempie z piątką z przodu 🫣. Reszta – między 4:50 i 4:55. No co? Jak organizm daje, to brać! Tym bardziej, że zupełnie mnie te 4:5x nie męczyły, nogi nie atakowały, oddechowo było dobrze.

Ale coś musiało się dziać nie tak i w tej materii zorientowałem się dopiero po powrocie do domu. Gdy bowiem nagle zaczęły mnie cisnąć kichy, dotarło do mnie, że o tym bananie, co go chciałem szybko wciągnąć to… zapomniałem. I efekt był taki, że ok. 8 rano zjadłem lekkie śniadanie, a ok. 16 biegałem. Czyli w zasadzie z pustym bakiem. Co ciekawe na trasie było spoko (adrenalina?) ale w domu przez 2-3h trzymało (tak, zjadłem coś od razu jak się zorientowałem).

No ale przede wszystkim ważne, że przebiegnięte. Wiedziałem, że odpuszczenie treningu będzie się z ryzykiem/pokusą, żeby to powtórzyć. Nie dałem się, pobiegłem, a fakt, że było „dość zimno” wpłynął tylko na to, że tym razem rękawiczki (i wiatrówkę) zdjąłem na 3. kilometrze, a z balaklawy zrobiłem czapeczkę na czwartym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *