Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

Schabowy na smalcu nie przeszkodził mi w kolejnej życiówce. Moc jest silna we mnie, a ja jestem silny Mocą.
W dzisiejszym planie treningowym po raz pierwszy miałem wybieganie w widełkach 16-18 km. Od razu wiedziałem, że pójdę na maksa. Wymówki są dla słabych. Szczególnie, że mam przed sobą jasny, konkretny cel.
Początek nie był jednak wymarzony. Dzisiaj obiad robili synkowie, wyszedł pyszny, ale zajął im trochę dłużej niż zająłby mnie. Efekt – 2 godziny 15 minut po zjedzeniu usmażonego na smalcu schaboszczaka w chrupiącej panierce z ziemniakami i buraczkami na zimno trzeba było założyć buty i ruszyć na wybieganie. Ktoś mówił, że będzie łatwo? Nie mnie.
Gdyby mój organizm potrafił mówić, to na bank właśnie to bym od niego usłyszał na pierwszych 2,5 kilometra. To ciekawe w sumie, bo miałem wyraźny dysonans. Biegło mi się dobrze, serducho nie łupało, a Garmin pokazywał 170 bpm. No kurde, to miała być tlenówka, a ja po niecałych dwóch kilometrach okazało się, że wysiłek organizmu był w (zbyt) dużej części beztlenowy. Kiedyś bym się wahał, czy by nie skrócić treningu, a nawet nie zawrócić. Ale znam mój organizm na tyle, że wiedziałem, że w końcu mu przejdzie. Miałem świadomość tego, co zeżarłem i kiedy, a przede wszystkim tego, że mam naprawdę dobrze przygotowany do biegania organizm.
Dał radę i przybiliśmy sobie mentalną piątkę. A potem było już z górki, przez pewien czas nawet dosłownie, nie tylko metaforycznie. Zero stresu, zero znudzenia, zero dyskomfo… A nie, czekaj. Dyskomfort był, od 12. kilometra znów zaczęła się odzywać lewa taśma piszczelowo-biodrowa. Mam nadzieję, że mój przyjaciel physio znajdzie dla mnie czas na trochę wizyt przed połówką, bo to może być jedyny problem, gdy nadejdzie Dzień Próby. Ale mimo tego, nie odbiera mi to ani trochę wiary.
Ale generalnie, jak na sytuację, że przebiegłem najdłuższy dystans w życiu (do tej pory moim rekordem było 16,1 km – takie „półówka -5”) wyszło naprawdę świetnie. Biodro to jedno, ale żadnych dyskomfortów ze strony układu oddechowego, krwionośnego – nic. Pokarmowego też nie, ale myślę, że to dlatego, że na 10. km wciągnąłem żel. Z Biedronki, niezłe są. Ale już wiem, że wolę cytrynowy, bo dziś po marakujowym miałem lekką zgagę. Cóż – w moim wieku takie rzeczy się zdarzają 🙂
Dumny z siebie jestem. Jeszcze w czerwcu – 5 km w tempie ca. 6:40, z zatrzymaniami jedno lub dwukrotnymi, bo tętno szalało. Dziś – 18 kilometrów bez stresu, w tempie 6:01 tylko dlatego, że na początku hamował mnie schabowy.
Wciąż jest we mnie dużo pokory, ale zaczynam widzieć metę połówki. Wiem, że – jeśli, odpukać, kontuzja nie stanie mi na przeszkodzie, przebiegnę te 21,097. Pytanie nie brzmi „czy”. Pytanie brzmi: „w ile czasu”. Czuję się mocny psychicznie. A mental będzie wtedy cholernie ważny.
