Header Banner

1:56:42

Koniec. Piękniejszy, niż mógłbym się spodziewać.

Po prostu. Niczego więcej nie trzeba. Jedno z największych wyzwań mojego życia, któremu poświęciłem przeszło 7 miesięcy, jest już za mną. Najpierw marzyłem o zejściu poniżej 2 godzin. Potem – mooooże 1:58. Tymczasem 46. Półmaraton Wiązowski okazał się moim wielkim sukcesem. Debiut w półmaratonie w czasie poniżej 1:57? Dla pięćdziesięciolatka? Takiego co 3-4 lata temu ważył prawie stówę? Dla mnie rewelka.

Wiem, że niektórzy czekali już wczoraj co napiszę (pozdro!), ale musiałem trochę poczekać. Emocje musiały zejść (dupa tam, jeszcze nie zeszły), była mini-imprezka urodzinowa, a potem wróciłem i wszystko ze mnie zeszło. 7 miesięcy treningów, emocje narastające im bliżej startu, konieczność analizy i dostosowania taktyki podczas biegu, no i w ogóle debiut na tak długiej trasie! Wiem, przebiegłem połówkę dwa razy na treningach, ale zawody to coś zupełnie innego.

Urodziny – czyli karta atu trzykrotnie zagrana

Ciekawostka, po której przyznam, że mocno mnie zatkało. Myślałem, że start we Wiązownej to wyjątkowy dzień tylko dla mnie, tymczasem okazało się, że z niemal 3000 biegaczy około… 1 procent miało wczoraj urodziny! Nie tylko ja, ale 28 osób! Skąd wiem? Ogłosił to przed startem spiker – podał personalia wszystkich jubilatów, po czym wszyscy zgromadzeni odśpiewali nam gromkie „Sto lat!”.

Niesłychanie miłe, a ja niejako skorzystałem z okazji i już drugi (i nie ostatni) raz tego dnia zagrałem kartę atutową:

Sorkiiii… Przepuścicie mnie do kibla? Tyle ludzi czeka, za 10 minut start, a ja mam dziś urodziny! Spiker mnie właśnie wymieniał. I to pięćdziesiąte!

Burackie? Może trochę… Ale cel uświęca środki. Lać mi się chciało jak cholera, nie można łapać stresa w urodziny, prawda? Z tego samego powodu poprosiłem właściciela warsztatu samochodowego w okolicy startu, żeby pozwolił mi zaparkować, a na koniec przyspieszyłem (do zera) czekanie na grawerkę wyniku na medalu. Sorki – prawo jubilata 🙂

Prrrr, szalony!

Aż nadszedł strzał start… A nie, strzału startera chyba nawet dla elity nie było. A może tak się skupiłem, że nie usłyszałem? W każdym razie ja ruszyłem w trzeciej fali, którą zającowała Ola, koleżanka z roboty i siłą rzeczy tego samego klubu. Mój debiut w półmaratonie miał więc miejsce pod czujnym okiem.

Pilnuj się mnie. Nigdzie nie uciekaj. Nie ma rumakowania na początku!

A czy dzik sra w lesie? No przecież wiem! No i kiedy nadeszła pora na nas robiłem „prrr szalony” do tego stopnia, że Ola z balonikami z 2:00 uciekała, a ja szedłem grzecznie swoim tempem. Choć tempo na 2:00:00 to 5:42, zajączkowa pognała kapeńkę szybciej. Ja się nie przejmowałem, w komitywie z Garminem robiąc pierwsze dwa kilometry na 5:36. I tak za szybko, a tymczasem balony potrafiły znikać mi z oczu.

I tak sobie grzecznie połykałem kilometr po kilometrze, stabilnie, każdy między 5:32 i 5:38 (czasem zerkałem na zegarek, ale jakoś tak samo szło). Aż nadeszły dwa kluczowe momenty. Trzy w zasadzie.

  • jakiś taki lekki kryzys w nogach (ale żel czekał na 8. km, więc spoko)
  • radość „ooo, jaki fajny zbieg, odpocznę!”, która zanikła, gdy zorientowałem się, że to jest dwustronny fragment trasy, więc niebawem będę tędy wracał
  • i – last, but not least – moment, gdy zorientowałem się, że podczas gdy Garmin piszczy, anonsując kolejne kilometry, oficjalna flaga z numerem kilometra jest jeszcze jakieś 200 metrów przede mną

Kurła. Znaczy się te czasy nie są takie dobre. I mój debiut w półmaratonie na 1:59:59 może się okazać zagrożony.

Drugie pół trasy i „Mały Matematyk”

Zorientowałem się w tej materii jeszcze przed 10. km i wiedziałem, że muszę zacząć grubiej analizować. Jak bardzo poważna była sprawa, dowodzą oficjalne wyniki wg. których na półmetku miałem 59:27. Czyli raptem minuta i sześć sekund zapasu. A czekał mnie podbieg i druga połowa dystansu na rosnącym zmęczeniu. Włączyłem więc tryb „Mały Matematyk”.

W końcu słuchawek nie wziąłem, więc w sumie warto było czymś zająć mózg. A czym najlepiej? Dodawaniem! Przede mną 11 kilometr? To policzmy. Przy tempie na 2:00 wynoszącym 5:42/km muszę przebiec linię flagi (pieprzyć Garmina) w czasie 1:02:42. Wszystko co lepiej – debiut w półmaratonie na oczekiwanym poziomie może się udać.

To liczenie było fajne, bo nie zastanawiałem się w sumie nawet nad tym, ile potrwa podbieg. Zresztą on tylko robił takie wrażenie, ale ostatecznie okazał się nieprzesadnie długi i nie takiż stromy. A ja liczyłem, obserwowałem ludzi, parę razy wpadłem na znajomych z którymi tę godzinę z okładem temu startowałem.

O, jesteś!

wykrzyknęła Ola, gdy nagle wyskoczyłem jej zza pleców.

Ej, u mnie słowo droższe piniendzy! Mówiłem, że poczekam na Ciebie na mecie!

Trochę skłamałem, bo nie poczekałem, ale myślę, że mi wybaczy. A 13. kilometr – jak wskazują statystyki nadgorliwego Garmina – był momentem, w którym przyspieszyłem.

Debiut w półmaratonie na wagę ostatniego żelu

Gdy z każdą setką metrów to bardziej ludzie zostawali za mną, niż ja za nimi, przeszło mi przez myśl:

Stary, nie spal się! To jednak jeszcze kawałek drogi!

Z jednej strony prawda, ryzyko było. Ale z drugiej, jak mawiał klasyk:

Jeśli nie teraz – to kiedy? Jeśli nie tu – to gdzie?

I faktycznie w okolicy 14-15 kilometra poczułem najmocniejszy kryzys w całym biegu. Wiedziałem, że muszę kurwa dobiec do mety, ale miałem takie momenty, gdy zacząłem się bać, czy półmaraton też nie ma swojej „ściany”? Poza tym miałem jeszcze z tyłu głowy… a w zasadzie to nie. Od 14. kilometra to żel ze 100g kofeiny miałem akurat w ręku. Przetestowane dwa tygodnie wcześniej, ugadane z „Coachem GPT”, że biorę go na 15. kilometrze, potem muszę przetrwać 1,5-2 km, żeby żel wbił i to on mi pomoże przetrwać końcówkę.

I to były bezsprzecznie najcięższe kilometry w całym biegu. To był ten moment, gdy zagryzłem zęby i szedłem totalnie na autopilocie. Dodawałem sobie kolejne minuty, liczyłem sobie jak rośnie zapas. Ale wiedziałem, że jest kurwa źle. Ze mną. Nie z czasem. We łbie leciało jak mantra:

Żel wbije… Żel wbije… Żel wbije…

W aspekcie mentalnym może to było trochę placebo, ale z doświadczenia wiedziałem już, że te kilkadziesiąt gramów węgli naprawdę mi pomoże, a szot kofeiny pozwoli mózgowi skupić się na ostatecznym celu. I trochę też z tyłu głowy siedziało to, co potem, po biegu, powiedziała mi Aga:

Ty dobiegłeś, bo wiedziałeś, że jak Cię tam nie będzie, to wszyscy będziemy z Ciebie toczyć bekę, co?

No ba!: )

Nowe życie na ostatnich kilometrach

Nie pamiętam, kiedy poczułem, że jeszcze trochę tej energii odzyskałem. Mentalnie na pewno znacząco pomogło mi przekroczenie 18. kilometra. Wiesz – to taki moment, gdy nie zastanawiasz się, ile już za Tobą. Jedyne o czym myślisz, to:

Jeszcze TYLKO TRZY!!!

To był moment, w którym przestałem już liczyć. Wiedziałem, że mój debiut w półmaratonie się uda. Że będzie sub2h, pytanie tylko jak bardzo sub. I choć z jednej strony na zdjęciu widać, jakby mi się morda cieszyła, to nie powiem, że chłonąłem piękne okoliczności przyrody. Ja ledwo żyłem i nie wiem, skąd miałem siły na tę minę, ale wiedziałem, że jeszcze tylko 3 słupki kilometrowe… Dwa… Jeden… Aż chyba na około 600 metrów przed końcem zobaczyłem bramę mety.

I ruszyłem jak po crocsy na promce w Lidlu. Już nawet się nie zastanawiałem, jak daleko, nie przeszło mi przez myśl: „A zobaczę, ile mi jeszcze w baku zostało”. Szczerze? W DUPIE TO MIAŁEM. Ja chciałem po prostu przekroczyć linię mety i przestać biec (a w baku zostało dość sporo, bo potem okazało się, że ostatni kilometr poszedł na 5:01). Zamknąć te 7 miesięcy sukcesem większym niż ten, którego się spodziewałem. A gdy przekraczając linię mety i zatrzymując Garmina zobaczyłem 1:56:42, stanąłem przy barierce, łapałem oddech i leciały mi łzy. Po trosze wzruszenia, wyczerpania, zejścia z adrenaliny i cholera jeszcze wie czego.

Udało się. Zrobiłem to. Na pewno dla wielu taki czas to lajtowy wynik treningowy, ale:

  • ja mam 50 lat
  • jestem totalnym amatorem
  • długo nie biegałem, więc de facto zacząłem od czerwca
  • a jeśli ktoś myśli, że mój wynik jest kiepski – to jego problem; ja jestem z siebie cholernie dumny

Udany debiut w półmaratonie

A przede wszystkim jestem półmaratończykiem! W 50. urodziny dołączyłem do elitarnego grona 1,2% ludzi na ziemi, którzy przebiegli ten dystans – a w mojej grupie wiekowej 50+ jest nas na świecie zaledwie ok. 0,09% wszystkich ludzi, czyli naprawdę nieliczni faceci! Fuck yeah! Zrobiłem to!

Duma jako cholera. Od bliskich dostałem piękne urodzinowe prezenty, a sam sprawiłem sobie najlepszy jaki mogłem.

PS: A co dalej z tym blogiem? Czy będę go dalej prowadził?

Póki co – na tydzień odkładam wszystko co biegowe. Ciuchy do prania, buty do szafy. Odpoczywam. A potem? Cóż, póki mam domenę, to pewnie będę pisał, ale muszę się zastanowić, od której strony to ugryźć. Bo jakby nie patrzeć – połówka na połówkę już za mną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *