Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

Ale jaja, 2h na połówkę prawie pękło... na treningu.
To był chyba najważniejszy dzień w trakcie moich przeszło półrocznych przygotowań do półmaratońskiego debiutu. Po drodze było sporo istotnych treningów, ale ten w niedzielę to była próba generalna. Przetestowałem wszystko, co mogłem. Jak wyszło? Świetnie. Teraz już tylko tapering i 22/02 Wielki Finał.
Trochę się bałem pogody. Próbę miałem zrobić tydzień temu, ale było cholernie zimno. Wczoraj była ostatnia szansa i pogoda nie zawiodła. Garmin mówi, że było -1,7 st. C, a ponieważ wyjątkowo miałem okazję pobiec przez zachodem słońca – odczuwalna prawdopodobnie była podobna.
To był test wszystkiego. Po pierwsze: ubranie. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby pobiec na dole na krótko, bo w termice trochę się grzałem. Pytanie, czy gołe łydki by się dogrzały? Temat do przemyślenia przez 22/02. Co do góry – na szczęście na termikę założyłem krótki rękaw, w długim bym się zgrzał. Głowa to tradycyjnie balaklawa, która po kilku kilometrach poleciała do kieszeni, rękawiczki jeszcze wcześniej.
Buty. Poprzedni testowy HM, okołoświąteczny, przebiegłem w treningówkach. Teraz musiałem sprawdzić jak przy mocnych obciążeniach poradzą sobie startówki. Wyszło fantastycznie. Do tego stopnia, że na pierwszych kilometrach musiałem sobie ściągać mentalne lejce, bo miałem wrażenie, że lewituję nad drogą. Lekko, mięciutko, płynnie – kosmicznie. No ale bez jaj – nie mogę iść pierwszych kilometrów po 5:30, bo się spalę i końcówka będzie walką o życie. To w zasadzie też punkt trzeci – kontrola mentalu na pierwszych kilometrach. We Wiązownej będzie tak samo – adrenalina, energia, wreszcie wymarzony i długo oczekiwany start. Prrrr, szalony. Dobrze, że poczułem to już wczoraj.
No i żele. Tak, są tacy, którzy biegną półowkę w poniżej 1,5h i nawet im żele do głowy nie przyjdą, ale w moim przypadku nie opcji biegania „na sucho”. Już długie weekendowe wybiegania dowodziły mi, że ok. 12. km muszę dorzucić węgl… i (nie no, nie węgla 😉 ), bo nogi miękną. Jednak teraz wprowadziłem trochę nowego: bieg na dwa żele (żeby nie ryzykować „odcinki”), na 8. i 15. kilometrze + wprowadziłem żel z kofeiną, którego wcześniej nie próbowałem. Nie wiedziałem, jak zadziała, czy mnie sranie nie dorwie, czy puls przy wrzuceniu 100 mg kofeiny w takim momencie wysiłku nie wystrzeli. Jest super. PowerBar PowerGel Hydro Orange na 8. km, Cola+caffeine na 15. Zadziałały perfekcyjnie.
Tak naprawdę jedyne czego mi brakowało w niedzielę to czysta droga. To jednak było bieganie po mieście, chwilami z omijaniem ludzi po zbrylonym śniegu, z próbami nie wpadnięcia w kałuże (nie zawsze się udawało). Światła? No to trzeba kręcić kółka, bo skoro to ma być próba generalna, to przecież nie będę zatrzymywał zegarka i czekał. To ma być bieg ciągły.
Do tego jeszcze ostatnie 1,5 kilometra przed domem (udało mi się idealnie wstrzelić z dystansem, nie było dojeżdżania zbiorkomem), gdy musząc wstrzelić się w zielone dla pieszych najpierw musiałem docisnąć, a potem pomyślałem, że… w zasadzie to nie chce mi się zwalniać? Dlaczego by nie zrobić kolejnego elementu testu i nie sprawdzić, jak szybko pobiegnę ostatni kilometr?
I jestem w szoku, bo test ostatni kilometr zrobiłem w… 5 minut i 8 sekund. Mając 20 kilometrów w nogach. Nawet przy świadomości tego, jaki kawał pracy włożyłem w siebie przez ostatnie pół roku – jestem w szoku. A gdy na ostatnich metrach Garmin zapiszczał i pokazał:
21 km – 2:00:00
to wybuchnąłem śmiechem! Moje sub2h w debiucie w połówce omal nie pękło na treningu! I – Matko Boska – dobrze, że nie pękło. 25 sekund więcej i ani trochę nie żałuję! Dlaczego? Bo to odebrałoby magię startowi we Wiązownej. Te magiczne 2 godziny mają być przełamane właśnie wtedy! To tam, to w moje 50. urodziny, mam wbiec na metę, gdy zegar pokaże z przodu cyfrę 1.
Ten trening dodał mi mnóstwo pewności. Wiem, że potrafię. Wiem, że nawet ciężko powiedzieć, że te 2h jest w zasięgu – kurde, ono prawie padło! Wciąż jest we mnie mnóstwo pokory, ale wiem, że za 2 tygodnie będzie łatwiej. Nie będzie kółek przy sygnalizatorach, nie będzie przepychania się między pieszymi. Będzie koncentracja na trasie, na upływających kilometrach i zbliżającej się w tempie 5:40/km mecie. Mój prezent urodzinowy jest o krok.
Pozostało 5 treningów. Tapering, utrzymanie formy, która już jest. Zmuszanie się z całej siły:
Biegnij WOLNIEJ!
nawet jeśli będę czuł, że pełznę i że tak wolno się nie da. Nie dać organizmowi się odzwyczaić. Wku*wić go nawet, że on chce!, a ja mu nie daję.
Żeby o 10 rano w niedzielę 22/02 był jak chart spuszczony ze smyczy, pędzący do mety, na którą czeka od czerwca.
