Header Banner

Reset zamiast 22/41

Organizm powiedział: "stop!". Miał być trening - był reset.

Poddałem się. Po raz pierwszy od czerwca. Po prostu nie wyszedłem na trening. Czy po tylu sytuacjach, gdy mimo przeciwności losu się przełamywałem, po tylu powtarzanych jak mantra: „wymówki są dla słabych!” wychodzę na hipokrytę? Nie. Tego dnia po prostu organizm powiedział mi: „Robisz RESET! Bez dyskusji”.

Przez te pół roku od powrotu do biegania dorosłem do pewnego podejścia. Otóż:

Mądre trenowanie to nie bezmyślne łupanie kilometrów. Mądre trenowanie to słuchanie swojego organizmu.

A wczoraj, choć serce krzyczało: „Biegniemy!!!”, rozum mówił: „Nie. Mordo, nie. Nie dziś”.

Reset był obowiązkowy

Po prostu wszystkiego zgromadziło się za dużo.

  • Po pierwsze. Kwestie prywatne mocno rzutujące na psychikę. Takie o których obiecałem sobie tutaj nie pisać.
  • Po drugie. Koszmarny, rwany sen poprzedniej nocy, gdy od 3 do 4:30 nie byłem w stanie zasnąć.
  • No i równie ważne po trzecie. Świadomość, że następnego dnia po trzech tygodniach nieobecności wracam do biura. Lubię moją pracę, ale jednak powrót do rytmu to też jakiś mentalny koszt/wysiłek.
  • Last, but not least – po czwarte. Termometr pokazywał -6 st. C. Gdyby było około zera – poszedłbym. Ale w takich warunkach to byłaby bardziej walka o mentalne (i poniekąd fizyczne) przetrwanie, niż trening.

Pilnowanie programu – tak. Pilnowanie programu na siłę – absolutnie nie.

Jeśli się jeszcze wahałem, to moment, w którym położyłem się „na chwilę”, by dwie godziny później z trudem wstać z łóżka po półgodzinnej drzemce, rozwiał wszelkie wątpliwości. Bieganie wczoraj byłoby pomysłem na wskroś złym.

Mózg i układ nerwowy są równie ważne jak serce, płuca i nogi

Jeśli podchodzimy poważnie do biegania, nie możemy o tym zapominać. Gdybym wczoraj wybrał bieganie, a nie reset – tylko bym na tym stracił. Dalszy ciąg dnia tylko to potwierdził. O ile dobrze pamiętam, to ok. 16.30 wszedłem do wanny. Kindle, telefon, jakieś dopaminowe gierki. I tylko dolewałem gorącej wody. Do momentu, aż nie spojrzałem na zegarek i nie zobaczyłem, że już jest po 21. Aż dziwne, że nie wyszedłem pomarszczony.

Potem ok. 22 spać, obudziłem się na chwilę ok. 4, by w końcu wstać na dawno nie słyszany budzik, o 7.30. Co na to Garmin? Jakość snu – 95, a HRV (to mnie najbardziej interesowało) wywaliło na 59. Co do zasady im wyższe tym lepsze, ale chyba nigdy nie miałem tak wysokiego. Dlaczego tak? Zrobiłem mały research i – tak na chłopski rozum – HRV w takiej sytuacji zachowuje się jak… piłeczka. Gdy totalna rozpierducha w układzie nerwowym przyciśnie ją do ziemi, ona potem rozpręęęężżżaaaaa się i leci w górę jak szalona. Ponoć HRV 59 po tak słabym dniu to dowód na to, że mój organizm się kompleksowo ogarnął.

I na to, że czasami brak treningu może okazać się dużo lepszym pomysłem, niż uporczywe trzymanie się planu. Wracam w czwartek, jak gdyby nigdy nic. Jeśli będzie zimno – dam szansę bieżni na siłowni, choć trochę mnie to przeraża, bo 10 km na siłce to dla mnie jak HM na pustyni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *