Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

Wolę naturalne endorfiny, co i Wam polecam.
Żyjemy w czasach, w których alkohol jest nieodłącznym elementem kultury. Chciałem napisać, że „w kraju”, ale to nie tylko u nas tak jest. Różnica taka, że w takiej Francji się pije, a u nas po częstokroć po prostu chleje. A mnie picia oduczyło – jakże by inaczej – bieganie.
Dobra, bieganie było ostatnim gwoździem do trumny, w której w moim stylu życia leży alkohol. I o ile czasem zdarza mi się uchylić wieko, to – co do zasady – #nieużywam. Zaczęło się od tego, że z wiekiem zacząłem czuć, że jakakolwiek dawka alkoholu powoduje, że następnego dnia jest mi po prostu gorzej. Źle śpię, nie wysypiam się, rano czuję się jak zombie. I że wystarczy jedno piwo, bym miał poczucie zmarnowanego wieczoru. Że dałoby się go spędzić inaczej.
I tak sobie odstawiałem, czułem się coraz lepiej, chudłem jak zły (0,7-1 kg dziennie!). Aż nadszedł czerwiec i powrót biegania. Biegania, które ni cholery nie żyje dobrze z procentami. Już nawet jeśli darujemy sobie bla-bla-bla (choć to wcale bla bla nie jest) o tym jak alko rozpie… psuje regenerację, to…
Próbowaliście kiedyś pobiec rano, gdy wieczorem piliście alkohol?
Ja od czerwca zrobiłem tak jeden raz. Byłem na służbowym wyjeździe w wyjątkowym miejscu, był „social event” i jakoś tak pomyślałem, że czemu by nie napić się wina. Na lampce się nie skończyło, a rano do wstania „na budzik” najbardziej zmotywował mnie fakt, że chciałem mieć zaliczone w Garminie bieganie w kraju dla Polaka raczej egzotycznym 🙂 Ech te media społecznościowe.
Dałem radę, ale łatwo nie było. Nogi były ze dwa razy cięższe, a długie interwały wywoływały we mnie „ja pie***lę” na dużym poziomie. Ale wiem też, że gdyby to nie było wino tylko piwo – nie byłoby siły, która zmusiłaby mnie do ukończenia treningu. I byłbym na siebie wściekły.
Po prostu: alkohol rozpieprza metabolizm. A w sytuacji, gdy biegam 3 razy w tygodniu teoretycznie mam jeden dzień, gdy mogę spróbować – czyli czwartek. Tym niemniej bieganie dodało mi kolejny element przeciwko procentom, w dużo lepszej formie, niż alkohol.
Jestem ostatnią osobą, która Ci powie:
Jaka depresja, mordo! Idź pobiegać, to Ci przejdzie!
To jest blog biegowy, nie psychologiczny, więc napiszę tylko – byłem tam i wiem o czym mówię. Jakie tam byłem – ciągle jestem. Tego się nie da wyleczyć.
Ale jeśli jesteś w stanie podnieść się z łóżka, umyć, wyjść z domu – to jest ten moment, gdy bieganie może Ci pomóc. Nie musisz lecieć 5:00 jak dziki. Wystarczy, że pierwszego dnia wyjdziesz na spacer, po dwóch dniach znów, a po czterech – czy tygodniu – zaczniesz przeplatać moduły chodzenia truchtem.
Ja też tak zaczynałem. Co nie, Krzysiu? 😉
A teraz, gdy robi się źle, mój umysł trzyma w ryzach świadomość, że we wtorek, czwartek i niedzielę wyjdziemy pobiegać. Nie wiem czemu to pomaga, biochemia mózgu to nie moje klimaty. Ale mnie – i wiem, że nie jestem w tej materii jedyny – to cholernie pomaga. I na pewno jest dużo zdrowsze, gdy wchodząc po bieganiu do sklepu sięgam po jogurt na śniadanie, mijając bez emocji strefę alkoholi.
Meh. Nie muszę malować trawy na zielono. Ja już mam chill.
To alko jako temat rozkmin nie znalazło się tu przypadkiem, bo akurat wczoraj zdarzyła się jedna z niewielu sytuacji, gdy „uchylałem wieko trumny”. Nie jestem wojującym anty-alko. Po prostu przestałem go lubić, ale w sytuacji, gdy raz do roku mamy integrację zespołu w robocie – czemu nie? Ale nie było opcji, żeby wcześniej rano nie pobiegać!
Fajnie mi się trzymało tempo easy ciut poniżej 6:00, choć na ostatnich 2-3 km poczułem wyraźny ból w lewym udzie. Wyraźny na tyle, by rozważać zakończenie treningu wcześniej, ale ostatecznie pomyślałem, że spróbuję ukończyć, najwyżej przesunę/odpuszczę czwartek. No i gdy przyszła pora na 3 przebieżki to zapomniałem, że bolało 🙂 A w nagrodę Garmin wrócił moim pułapem tlenowym na 49. W końcu! Teraz jedziemy 50 na 50! Mam nieco ponad 2 miechy. Dam radę.
