Header Banner

(4/41) Rozbierany poker o poranku

Pobudka o 6.30 z własnej woli to coś o czym bym pół roku temu nawet nie pomyślał. Człowiek nie zdaje sobie sprawy na co go stać.

Ci z Was, którzy mnie znają, mogą być zszokowani, widząc obrazek tytułowy. Wyjść z domu przed 7? Z własnej woli??? A ci, którzy mnie nie znają i widzieli dziś na warszawskich ulicach pewnie myśleli: „Co to za debil w krótkich gaciach biega?”.

Oj tam zaraz debil. Ciepło było. Tzn. relatywnie ciepło 🙂 Mam wrażenie, że ostatnie wpisy są bardziej meteorologiczno-modowe, ale jakoś tak temat sam się narzuca. Wahałem się, czy by termiki na dół nie wrzucić, ale termometr mówił „+1,5”, telefon mówił: „Odczuwalna -1”. Raz kozie śmierć.

Trening jak rozbierany poker

Wybór szortów okazał się być dobrym pomysłem. Co do reszty – chyba przesadziłem, bo czułem się na na partii strip pokera 🙂 Po kilometrze – rękawiczki do kieszeni. Po niecałych dwóch – komiczne walki ze złożeniem wiatrówki, bo mi się jakoś rękawy pozakręcały i powłaziły w różne miejsca. Jak się już spociłem przy wiatrówce to zdjąłem czapkę, niedługo później komin. Najdłużej wytrzymały rękawy, bo podwinąłem je do łokci dopiero po jakichś 6 kilometrach. To niesamowite jaką fabryką energii potrafi być 73-kilogramowe ciało prawie 50-latka.

Niby pobiegałem całkiem zacnie, a Garmin wciąż uporczywie twierdzi, że mój poziom wytrenowania to „Utrzymanie”. Kurde – albo mam już tak zajebistą formę, że lepiej się nie da (taaaa, jasne – ja chcę jeszcze do półmaratonu urwać z 10-20 sekund z progu mleczanowego!) albo Garmin jest… nie wiem, uparty? Chat GPT twierdzi, że to kwestia formuły treningu. Że niby wysiłek beztlenowy na 2.0, ale to raptem 3 przebieżki po 100 m i że to dla dziada za mało 🙂 Nic to – zobaczymy, co będzie w czwartek, w planie 3×2 km w tempie półmaratońskim (a nawet nieco szybszym, bo w 5:10 to ja całej połówki nie pobiegnę).

Dziś było spoko, choć po 9,75 km w tempie 6:05 na przebieżkach nogi wydawały się trochę ciężkie. Przez chwilę myślałem, że to kwestia pogody (jednak w okolicy zera), ale kurde – po takim kawałku drogi to jednak powinienem się rozgrzać wystarczająco. Ale nie ma co narzekać. Kolejny trening „in the books”, wymarzona „połówka” coraz bliżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *