Header Banner

(9/41) Jedzenie kontra (?) bieganie

Długo nie zapomnę sytuacji, gdy poszedłem z synem na długie wybieganie 45 minut po zjedzeniu przez każdego z nas 200-gramowego steka z frytkami. Bobrze ogoniasty, jaki to był idiotyczny pomysł. Od tamtego dnia wiem, że jedzenie jest nieodłącznym elementem procesu treningowego.

Wczoraj stanąłem przed sporym logistycznym problemem. Na kiedy zaplanować obiad dla syna i dla siebie, żeby jeszcze o jakiejś normalnej porze pójść pobiegać? Tym bardziej, że weekend to długie wybieganie, więc – biorąc pod uwagę, że robię coraz większe dystanse – moje kichy musiały być gotowe na przeszło godzinę biegania.

Długi spacer, kawa i… problem

Akurat w ten weekend był Community Weekend w Pokemon Go, więc mieliśmy z Młodym powód do spacerów. No co – każdy ma swoje guilty pleasure! Problem w tym, że ganianie za Pokemonami trwało od 14 do 17. A na dodatek – było nam zimno i około 16 poszliśmy na kawę. Odpuściłem bombę kaloryczną ale caramel machiato już sobie nie mogłem darować 😉 No ale jak pomyślałem, że jeszcze dołożę to tego obiad, choćby to była relatywnie lekka quesadilla, to zanim się przetrawi, wybiegnę, wrócę… to poniedziałek mnie zastanie.

Wpadłem więc na szalony pomysł – dlaczego by nie zjeść obiadu po wybieganiu? W końcu wypiłem „doładowaną” kawę. Energii dała mi tyle, że – mimo braku obiadu – mogła się okazać cheat codem na energię 🙂 Jedzenie (na swój sposób) – jest. Kalorie/energia – są. Co prawda w planie było pierwsze 15 kilometrów w tym cyklu, ale kurde – chyba dam radę?

Zanim do ad remu 😉 to ciekaw jest jak Wy ogarniacie korelację jedzenia i treningów? Ja mam ten problem w weekendy. W tygodniu biegam rano, więc budzę się, wciągam banana, czekam kwadrans i idę biegać. Po treningu jem już pełne śniadanie (płatki, orzechy, jogurt, banan/inny owoc). Działa – zero stresu w żołądku, w żadną stronę. Ale w weekendy z synami robię czasami alpejske kombinacje, żeby ogarnąć nakarmienie dzieci i znalezienie odpowiedniego czasu na bieganie.

Skromne jedzenie nie przeszkodziło w rekordzie

Plan treningowy mówi, że w weekend 12-15 km mam robić. A ponieważ lubię grywalizację, a Garmin akurat dał wyzwanie „przebiegnij 15 km w grudniu” to cóż – nie ma na czekać, nie? Znowu przeleciałem przez pół Warszawy, a najbardziej rozbawiła mnie sytuacja, gdy niecałą godzinę po starcie treningu, biegnąc przez dzielnicę moich synów, zobaczyłem naprzeciw mnie… tego samego syna, którego tę z grubsza godzinę wcześniej pożegnałem 🤣

A biegało mi się świetnie. Garmin po z grubsza półtora kilometrze pokazał przygotowanie wydolnościowe na poziomie +4 i miał rację. Leciałem sobie tempem, które dla mnie było mega luźne, a na nadgarstku widziałem, że trzymam się w zakresie 5:50-5:55. Zajebiście. Pewnie za 2 km bym jeszcze przebiegł, ale chciało mi się… siku i gdy przebiegając koło stacji metra zobaczyłem, że za mną już 14,5 km to zrobiłem kółko wokół stacji i gdy Garmin „zapipczał” na 15 – zatrzymałem trening i poleciałem do kibla 🙂 15 jest. Rekordowy dystans w życiu – jest.

A potem, w domu, łaziłem jeszcze kwadrans po korytarzu. Dobrze, że klatkę mam długą. No bo kurde, jak okazało się, że zrobiłem 98,2 tys. kroków w trakcie tygodnia to trzeba przejść jeszcze te 1800. Kto wie, kiedy znów będę blisko takiego achievementu?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *